CIOTECZKA
Bywają różne kompleksy. Można się ich pozbyć u psychoanalityka, kosmetyczki, specjalisty od usuwania zmarszczek i zwisających podbródków, czasami podczas rozmowy z mądrymi przyjaciółmi. Sposobem na pozbycie się prowincjonalnych kompleksów mojej Cioteczki były wizyty w mieście i spacery z moimi super rasowymi jamnikami. Cioteczka mieszkała na tak zwanej dalekiej prowincji. To był jej największy kompleks i ogromne zmartwienie. Wstydziła się swojej wsi i już. Znajomym, z którymi rozmawiała przez internet nigdy nie podawała miejsca swojego zamieszkania. Inna jej towarzyska korespondencja przychodziła na mój warszawski adres. Cioteczka marzyła, aby być panią z miasta, spacerować po ruchliwych ulicach, wstępować na kawę do kawiarni, oglądać wystawy, przemierzać parkowe alejki i czasami posłuchać koncertu w Łazienkach. Okazja do zrealizowania marzeń nadarzała się jej, gdy wyjeżdżałam na dłużej z Warszawy. Zgłaszała się na ochotnika do pilnowania, dokarmiania i spacerowania z moimi jamnikami. Przyjeżdżała z walizeczką pełną sukieneczek, bluzeczek, torebeczek, chusteczek i najróżniejszych bucików. Uczesana w super loczki, umalowana u kosmetyczki, skropiona podróbką perfum Sza, rozpoczynała swoje miejskie życie. Z gracją spacerowała wyprowadzając na smyczy jamniki i wzbudzając niejednokrotnie zainteresowanie otoczenia. I właśnie o to chodziło. Czuła się warszawianką. Miała swoje wymarzone pięć minut. Czym dłuższa moja nieobecność, tym Cioteczka bardziej zadowolona. Wieczorem, gdy jamniki najedzone i zmęczone spacerowaniem odpoczywały na kanapie, telefonowała do mnie opowiadając o wszystkich ważniejszych wydarzeniach dnia. Była pełna energii i radości życia. Nawet wtedy, gdy pewnego razu w przeddzień mojego powrotu do domu oznajmiła:
- Ta pani, która czasami do ciebie przychodziła umarła. Już po pogrzebie. Było dużo ludzi i w ogóle pięknie. Wszyscy płakali. Ja też. Pa, pa, kochana... - i odłożyła słuchawkę.
Powoli zaczęła we mnie kiełkować przerażająca myśl. Moja najlepsza przyjaciółka Wiktoria nie żyje. Przez całą noc chlipałam w poduszkę. Wspominałam wspólne wyprawy w Tatry, wspinaczki na Mnicha, letnie obozy na Mazurach, spływy kajakowe, ranne biegi po parku i babskie zwierzenia na kanapie. No i lody waniliowe, których zjadałyśmy ogromną ilość w momentach smutku i niepowodzeń. Nie będzie lodów, zwierzeń, biegania i kanapy. Czułam się zagubiona, osamotniona i bezradna. Nie miałam przyjaciółki. Najbardziej przygnębiała myśl, że nie spotkam się z nią po powrocie Przewidywałam też, że lubiąca wszelkie sensacje Cioteczka zasypie mnie szczegółami z pogrzebu. Nazajutrz do Warszawy wyruszyłam rannym pociągiem. Liczyłam na wolne miejsce w przedziale i chwile spokoju. Niemniej czarny nastrój dopadł mnie tuż po wyjściu z dworca. Człapałam noga za nogą w stronę domu, ciągnąc za sobą walizkę na kółkach. Zamyślona nie zauważyłam świateł na skrzyżowaniu. Weszłam na jezdnię przy czerwonym. Obudziły mnie dźwięki klaksonów i gdzieś jakby z oddali krzyk Wiktorii:
- Uważaj idiotko jak łazisz.
Kierowcy rozsierdzeni moim zachowaniem stukali się w czoło, a po przeciwnej stronie ulicy stała jakby ...Wiktoria. Najwyraźniej zobaczyłam widmo. Twarz i sylwetka oraz pieprzyk na prawym policzku zdecydowanie wskazywały na Wiktorię. Z ubiorem było coś nie tak. Widmo prezentowało modę z lat dwudziestych ubiegłego wieku. Koło szyi pętało mu się boa. Na głowie przytwierdzony ogromną szpilą siedział kapelusz z woalką w kropki i wielkim kwiatem z boku. Buty na obcasiku z paseczkami i złotą klamerką. Koronkowa parasolka w ręku. Zupełnie nie styl mojej przyjaciółki. Wiktoria nosiła czarne spodnie, koszulki z bardzo dziwnymi napisami w stylu "uwielbiam dużo jeść" i przewieszoną przez ramię parcianą torbę. Zawsze chodaki. Czasami wyjmowała z nich nogi i stała boso na chodniku. Twierdziła, że przechodnie przesyłają jej wtedy uśmiechy. Oryginalny i nieszkodliwy sposób na poprawienie sobie humoru. Nazywała to dopalaczem. Trudno zresztą było nie uśmiechnąć się do pięknej dziewczyny z długim warkoczem stojącej boso na chodniku obok swoich niemodnych butów. Chyba zwariowałam z rozpaczy - pomyślałam omijając widmo wzrokiem i natychmiast powędrowałam w przeciwnym kierunku nie oglądając się za siebie. Na wszelki wypadek splunęłam trzy razy przez prawe ramię i wymruczałam pod nosem zaklęcie. Zdarzenie próbowałam zaś wymazać z pamięci rozmyślając intensywnie o Cioteczce i moich jamnikach pozostawionych pod jej opieką. Do domu miałam jeszcze kawałek drogi. Mocne wrażenia wymagają odpoczynku. Umościłam się więc dość wygodnie na stojącej przy przystanku autobusowym ławce, i już w następnej chwili gnałam przed siebie nie oglądając się na boki. Prawie tuż przy uchu usłyszałam głos Wiktorii.
- No... nareszcie cię dopadłam ty uciekająca wariatko.
Biegłam przed siebie, klucząc po ulicach i ciągnąc za sobą terkoczącą walizkę. Błądziłam tak, aż do zmroku. Byłam głodna, zmęczona i przestraszona. Pomyślałam, że przy Cioteczce i jamnikach będzie mi raźniej i bezpieczniej. Podjęłam decyzję powrotu do domu. Nie przewidziałam, ze widmo będzie czekało na mnie już przy drzwiach. Najwyraźniej było mocno niezadowolone. Obok stały chodaki i leżała szmaciana torba Wiktorii. Tym razem ubrane było w czarne spodnie i podkoszulek z napisem "dieta mi nie służy", na głowie miło kapelusz z ogromną spinką kokardą z boku i woalką w kropki.
- Niech się dzieje co chce - pomyślałam i usiadłam obok na podłodze. Dziwna Wiktoria popatrzyła na mnie i odezwała się niespodziewanie zupełnie ludzkim głosem.
- Otwórz w końcu drzwi, i zaproś mnie do środka. Jamniki szczekają jak wściekłe, Cioteczka pobiegła na plotki do rodziny tej pani z parteru co umarła, a ja jestem zmęczona gonitwą za tobą po całym mieście.
- To ta pani z parteru umarła? - zapytałam i niekontrolowany uśmiech rozjaśnił mi twarz. Zrozumiałam, że źle interpretowałam wiadomość Cioteczki o pogrzebie. Matko jedyna, ale się narobiło.
Wiktoria spojrzała na mnie badawczo i wymamrotała pod nosem.
- Chyba jakaś pomoc jest potrzebna. Może psychiatry. Najpierw uciekasz przez całe miasto przede mną, teraz cieszy cię pogrzeb sąsiadki z dołu. Co się dzieje?
- A ty mi wytłumacz co masz na głowie - i wskazałam na okropny kapelusz z kokardą i woalką w kropki przytwierdzony szpilą do jej głowy.
- A to.... zupełnie zapomniałam zdjąć. To jest kapelusz jak widać. Prawda, że ładny? Na Krakowskim kręcą film o latach dwudziestych. Chodzimy z Cioteczka trochę popatrzeć i trochę statystować. Jest fajnie i dobrze płacą.
Toteż, gdy na schodach pojawiła się Cioteczka wracająca od rodziny tej pani, co umarła, nie zdziwił mnie jej strój. Rozklapane buty, chusta na ramionach i koszyk w ręku. Spytałam tylko grzecznie:
- A Cioteczkę za kogo dzisiaj przebrali?
I otworzyłam drzwi mojego mieszkania, uspakajając jamniki, które miały już mocno nadwyrężone gardła i chrypiały.
MENEL
Z turystycznego rajdu po Polsce wracałam późna porą. Ostatni autobus za pół godziny. Wokół ciemno i pusto. Księżyc świecił jasno, ale nocna godzina sprawiała, że czułam się nieswojo. Na przystankowej ławce siedział znany na osiedlu Menel. Kiwał się do przodu i do tyłu omal nie spadając na ziemię. Śpiący? Na pewno niegroźny. To akurat wiedziałam. Spotykano go często w centrum osiedla. Czasami wchodził do sklepu i w zamian za pracę dostawał jedzenie. Solidarnie dzielił się na samochodowym parkingu z sobie podobnymi, którym nie bardzo chciało się pracować. Zmęczeni chodzeniem w kółko odpoczywali na ławeczce czekając na łaskawy los. Za zamiatanie parkingu Menelowi trafiały się pieniądze. Wtedy wczłapywał wycierając starannie nogi do mojego sklepiku z pamiątkami. Nieodmiennie zatrzymywał się przy półce, na której ułożone były kolorowe świece. Rozpoczynał swój ceremoniał wyszukiwania odpowiedniej. Oglądał najróżniejsze. Uśmiechał się do nich jakby były żywymi istotami. Delikatnie układał w koszyku i prosto przed siebie wędrował do kasy. Nie interesowały go inne drobiazgi poukładane zachęcająco na półkach. Płacił, koszyk odstawiał na miejsce, świece delikatnie chował do kieszeni i wychodził. Teraz siedział obok mnie na przystankowej ławce dotrzymując mi towarzystwa. Zawsze to raźniej. Popatrzyłam w niebo, trochę w bok, potem na zegarek, podeszłam sprawdzić rozkład jazdy, ponownie sprawdziłam godzinę i już nie wiedziałam co dalej robić. Menel spoglądał na mnie najwyraźniej ubawiony moim zdenerwowaniem. Z wyświechtanej torby powoli wyjął wymięte pudełko zapałek. Będzie palenie - pomyślałam. Z niemałym zdziwieniem ujrzałam w jego ręku świecę.
- Zapal ją – zaproponował.
I tak w nocnej ciszy siedząc na przystankowej ławeczce razem z Menelem obserwowałam jarzącą się długim płomieniem świeczkę. Zrobiło się jakby ciszej i spokojniej. Zza zakrętu pojawił się autobus. Wtedy Menel pochylił się w moją stronę i wyszeptał.
- Moja mamusia powiedziała, że gdy zapala się czystym sercem świecę to powstaje nowy anioł. Opiekun. Możesz się nie bać - i umilkł jakby zawstydzony swoimi słowami. Do autobusu wsiadłam sama. Zostawiłam w blasku świecy kiwającego się Menela. Dorosły, opuszczony, przywołujący anioły, kiedyś miał swoją mamusię, opowiadała mu o aniołach i zapalanych świecach, może wiele innych pięknych historii, może śpiewała kołysanki do snu i uczyła się nie bać życia. Mówił o niej - mamusia.
Po przyjściu do domu zapaliłam świeczkę. Dla mamusi Menela. Gdziekolwiek teraz jest.
UZDRAWIAJĄCA MOC BABKI
W glinianej foremce chlebek,
Zapach po całej kuchni,
Ciepło, cieplutko przy piecu,
Chlebusia rośnie bochenek.
Babcia, co piórkiem maczanym w wodzie
Nanosi znak krzyża na skórce
Śpiewa cichutko, zawsze radośnie,
A chlebuś rośnie przy wtórze.
Bo on jak człowiek, gdy jest kochany,
Ciepełkiem otoczony,
Gdy mu się śpiewa od serca piosnkę
Potrafi dosięgnąć nieba.
UZDRAWIAJĄCA MOC BABKI
Dźwięk komórki obudził mnie o wpół do czwartej nad ranem. Spojrzałam na wyświetlacz. Los Angeles - Dzidka. Rety, ta to ma pomysły. W myśli obliczyłam różnicę czasu jaka nas dzieli. Wyszło, że w Stanach jest pora wieczorna i Dzidka szykuje się do snu. Ucieszyła się, że nie śpię i powiadomiła o rychłym przyjeździe do Warszawy. Podała datę, numer lotu i na zakończenie rozmowy pożyczyła dobrej nocy. Tym czasem mój sen odleciał na kilka następnych godzin. Przewracałam się w łóżku z boku na bok robiąc w myśli listę wszystkich osób, które należało zawiadomić o radosnym wydarzeniu jakim miał być przyjazd Dzidki. No i specjalnie dla niej zaopatrzyć lodówkę w coś do jedzenia. Tylko co? Dieta, jakiej przestrzegała była problemem wcale nie małym. Tym bardziej, że w zależności od mody często ją zmieniała. Ostatnio miało być jarzynowo, owocowo i eko. Czasami kurczak przyrządzony na parze. Tylko z wolnego wybiegu. Mała porcja. Żadne inne mięso i zero smażenia. Nabiał nie wskazany. Cukier i pszenica wykluczone. Soli prawie wcale. Chlebek razowy i pieczony tylko na zakwasie. Najlepiej domowy. Smarowidło kasujące cholesterol. Herbata zielona. Makaron ryżowy lub sojowy. Kasze nie za często, bo nie lubiła. Oliwy dużo. Tylko z pierwszego tłoczenia. Czasem ryby. Mogą być tłuste. Jak to wszystko zapamiętać? I jeszcze czego z czym nie łączyć. Jakieś tam białka, węglowodany, które stają się niestrawne, gdy znajdą się razem w garnku. I gdzie ja położyłam tę cholerną patelnię ceramiczną, którą przywiozła dwa lata temu? Pocieszające było, że Dzidka zjawiała się u mnie przelotem. Potem wjeżdżała do rodziny pod Białystok. Jednak tydzień wystarczył, abym chodziła zestresowana myśląc o jedzeniu i dietetycznych zachciankach mojego gościa. Zdrowych diet jest około półtora tysiąca. Tyle poleca internet. Którą tym razem wybrała uzależniona od jedzenia Dzidka? Natomiast rodzina z Białegostoku miała własne, sprawdzone metody odżywiania i nie liczyła się z żadnymi dziwactwami Dzidki. Chleb na ogół biały ze smalcem, skwareczkami, cebulką i jabłuszkiem , duszona łopatka na liściach kapusty i pieczony boczek królował na stole od zawsze. Ogóreczki kwaszone jako miły dodatek. O dziwo nikt zawyżonego cholesterolu nie miał i wszystkie badania zlecane od czasu do czasu przez lekarza były prawidłowe. Dietę Dzidki określali wygłupem amerykańskim. Sugerowali, że może Dzidka słabo znając język źle tłumaczy jej zasady. A w ogóle jak można pracować prawie nic nie jedząc – pytali niejednokrotnie.
Dzidka wyjechała z kraju zupełnie przez przypadek. Stan wojenny zaskoczył ją w samolocie wracającą ze Stanów. Wylądowała po drodze w Hamburgu, przesiadła się na lot powrotny wybierając wolność. Kiedy czasy się zmieniły odwiedzała przyjaciół i pozostawioną rodzinę /w tym męża/ regularnie co dwa lata. Właśnie nastąpił drugi rok. I moja bezsenna noc.
Samolot z Dzidką przyleciał nadzwyczaj punktualnie. Potem dopiero na jej pojawienie czekaliśmy dość długo czytając dla zabicia czasu jakieś bzdurne czasopisma kupione w kiosku na lotnisku. Innych nie było.
Pierwszy Dzidkę zauważył towarzyszący nam przy spotkaniu rodzinny Małolat. Na jej widok jęknął:
- Jeeeżu kolczasty, ale chuda Barbie.
Na pedagogiczne rozmowy z Małolatem w tej sytuacji nie było czasu. Sprawę załatwiono kuksańcem. Tylko, że Dzidka wyglądała rzeczywiście nietęgo. Jakby nie po swojemu przygarbiona. I chuda do przesady. Ale wejście miała z klasą. Szła pod rękę z przystojnym pilotem i w otoczeniu stewardes. Towarzystwo zatrzymało się tuż przy nas i jak by oddali Dzidkę w nasze spragnione ramiona. Potem zaraz Dzidka zemdlała i przytomność odzyskała dopiero na szpitalnianej izbie przyjęć. Personel coś tam brzęczał o różnicach czasu, silnych wrażeniach, ale podstawowe badania zrobić musiał. Takie są procedury, a Dzidka ubezpieczona. I to jak. Na złotych noszach powinna leżeć. O stanie zdrowia lekarz /też wg procedur/ mógł rozmawiać tylko z rodziną. Godna takiego przywileju okazała się Wujenka spod Białegostoku. Pogadała z lekarzem, sprawdziła badania, na których teraz każdy znać się musi, z politowaniem pokiwała głową, potem natychmiast zapakowała Dzidkę do samochodu poszturchując przy tym niezbyt grzecznie i bez słowa wyjaśnienia wywiozła. Zostaliśmy zdezorientowani i nie bardzo wiedzieliśmy co robić dalej. Gonić samochód z porwaną Dzidką, pogadać z lekarzem, który i tak nic nie powie, zadzwonić na policję, zgłosić /tylko gdzie/, że z Wujenką coś nie tak, bo znęca się nad zemdloną. Klapa kompletna. Problem rozwiązał Małolat najlogiczniej myślący, bo bez nerwów. Nic nie robić. Czekać. Okazało się, że miał rację.
Po kilku tygodniach Wujenka zadzwoniła do nas z zaproszeniem . Wyruszyliśmy jeszcze tego samego dnia. Zastaliśmy Dzidkę siedzącą przy stole nad ogromnym talerzem z suto okraszoną babką ziemniaczaną i wybierającą z niej palcem tłuściutkie skwarki. Na nasz widok Wujenka zatarła ręce i wykrzyknęła:
- No i wszystkie badania są dobre. Ta wariatka się zagłodziła. Jadła sałatę, popijała wodą i naparem z ogonków czereśni. Dieta opracowana za biurkiem. Amerykańskim w dodatku. Nie mogła byś ty Dzidka napisać książki o naszym tradycyjnym jedzeniu - zapytała na koniec. Wszyscy by mieli dobre badania. Nie mdleli z wycieńczenia. Cholesterolu by nie było i osteoporozy też.
Natomiast Dzidka jakby nie słyszała wywodów Wujenki. Siedziała przy stole skubiąc kartoflaną babkę. Wyglądała na mocno zamyśloną.
- Sprzedaję swój dom w Los Angeles – oznajmiła nagle, gdy wszyscy zajęci już byli rozmową na inny temat niż diety.
- I co dalej – nie wytrzymał Małolat
- Wracam do was z powrotem – oznajmiła polewając babkę gęstą śmietaną.